Śnieżnobiały obrus przykrył stół rodzinny,
a na nim opłatek i potraw dwanaście,
czeka pusty talerz na miejscu gościnnym,
trwa noc wigilijna, świec jeszcze nie gaście…

     Dziś wigilia, najbardziej niezwykły dzień w roku. Od wieków prawie każdej czynności tego dnia przypisywano jakieś wróżebne znaczenie dla poznania przyszłości czy zapewnienia sobie pomyślności w nadchodzącym roku. W wielu rodzinach przekonanie o  spełnianiu się niektórych z tych wróżb przetrwało do dziś. Najczęściej powtarza się, że „jaki lub jaka jesteś w wigilię, taki lub taka będziesz przez  cały rok”.
      Dobrze jest więc wstać wcześnie rano i zabrać się do jakiejś lekkiej pracy, bo to wróży, że będzie się zdrowym, silnym i pracowitym przez cały rok. Nie wolno  jednak wykonywać pracy ciężkiej, żeby…. Nie wolno się kłócić ani płakać, bo niezgoda w domu zagości na cały rok. Lepiej by tego dnia pierwsza osoba przekraczająca próg naszego domu była mężczyzną, bo kobieta może przynieść ze sobą jakiś kłopot na przyszły rok, np. chorobę.
       Wigilie mojego dzieciństwa były znacznie bardziej tajemnicze, magiczne, od wigilii moich dzieci. Przede wszystkim nie uczestniczylismy w ubieraniu choinki. To robił Aniołek. Przynosił choinkę (zawsze była to jodła) i prezenty wraz z pierwszą gwiazdką.  Dlatego drzwi do pokoju, w którym zbieraliśmy się przy rodzinnym stole i w którym zawsze stała choinka, tego dnia były przed nami zamknięte. Uczestniczyliśmy za to aktywnie w przygotowaniach do kolacji i sklejaliśmy z papierowej wycinanki szopkę bożonarodzeniową. Sama szopka była przestrzenna, do tego figurki świętej rodziny, zwierzątka, trzej królowie. Całość naklejało sie na kartoniku, a kompozycja poszczególnych elementów zależała od wyobraźni. 

     Oczywiście obowiązywał rygorystyczny post – na śniadanie mleko z suchą bułką, na obiad ziemniaki w mundurkach ze śledziem, którego nie lubiłem. Nerwowość w kuchni wynikała z konieczności zdążenia przed pierwszą gwiazdką.  Do tego czasu wszyscy musieli być wykąpani i odświętnie ubrani. A kiedy już nadszedł właściwy czas, z pokoju odzywał się dźwięk srebrnego dzwonka, otwierały się drzwi i…

       Pokój roziskrzony był światełkami choinki, dyskretnym bocznym światłem lampy i płomieniami świec – paliły się na stole i przed portretami Dziadków, bo ich już z nami nie było. Choinka strojona była szklanymi bombkami, kolorowymi świeczkami, a potem lampkami i tzw. anielskim włosem – cieniusieńkimi paskami ciętymi z białej, delikatnej bibułki papierosowej (Ojciec pracował w fabryce papieru) lub z filii aluminiowej. Czasem wisiały na niej ozdoby, które robiliśmy w szkole lub z Mamą – pajace z wydmuszek, zwierzaki z kasztanów i żołędzi, łańcuchy z kolorowego papieru. Jabłek, pierników, orzechów i cukierków w kolorowych papierkach na naszych choinkach nie było. Łakocie dostawaliśmy w paczkach pod choinką.  

      Odświętnie udekorowany stół nakryty był białym, haftowanym obrusem, używanym tylko przy szczególnych okazjach. Zawsze było jedno nakrycie więcej i jedno dodatkowe krzesło. Na środku stołu, na podkładce z sianka leżał talerz z opłatkami ( dla dzieci były mniejsze opłatki) i miód, bo w naszym domu łamiemy się opłatkiem z miodem. Zanim jednak do tego doszło wszyscy zajmowali swoje miejsca i stojąc odmawialiśmy wspólną modlitwę powtarzając za Ojcem: „Daj nam Boże byśmy w zdrowiu i szczęściu doczekali spotkania przy tym stole za rok, a tych, którzy nie doczekali obdarz spokojem wiecznym”. Potem w ciągu minuty ciszy każdy modlił się w myślach na swój sposób.
      Kolacja składała się zwyczajowo z siedmiu dań, bo tyle jest dni w tygodniu. Obowiązkowo musiał być barszcz z uszkami, kapusta z grzybami, karp w galarecie, w sosie z rodzynkami, migdałami, piernikiem i ciemnym piwem, i oczywiście smażony. Zwieńczeniem kolacji był kompot z suszonych owoców i makowiec. Czym dłużej trwała kolacja, tym bardziej nerwowo robiło się wśród dzieci, bo paczki spod choinki można było wyjmować dopiero po kolacji – zawsze robił to najmłodszy. Najczęściej więc zgoda na otwieranie paczek padała przed kompotem. Wtedy był czas na radość z prezentów, jedzenie słodkości i wspólne śpiewanie kolęd. Tak było aż do wyjścia na pasterkę.
     Myslę, że nie mam dość talentu, by opisać tak, jak na to zasługuje, niezwykłą atmosferę pasterki w moich rodzinnych stronach. Pasterki w górach, wśród górali – ludzi ciepłych, błyskotliwych, dowcipnych. Pasterki, po której zostaje w pamięci na zawsze obraz cichej nocy z bezszelestnie opadającymi wielkimi płatkami śniegu, skrzypienie tego śniegu pod butami, widok przepięknie pobielonych lasów na stokach, ciepłe światło okien małego kościoła i niepowtarzalne brzmienie góralskich kolęd. Tyle utkwiło w sercu na zawsze. Resztę pozostawiam wyobraźni czytających. Na zakończenie proszę przyjąć góralskie życzenia z okazji świąt:
Na scęście, na zdrowie, na to Boze Narodzenie
coby sie wom darzyło, mnozyło kazde stworzenie
cobyście mieli telo konicków,
kielo w płoce kulicków
a po sopach krowicek- kielo w lesie jedlicek.
Cobyście mieli telo owiecek,
kielo w kopcu mrówecek
i telo mieli wołków, kielo w dachu kołków.
Cobyście mieli świnie, wieprzki i prosięta,
kury, gęsi i kacęta.
Dej Wom Boze – co sie tycy –
nolepse na świecie dzieci:
śwarnych chłopców, dziwcęta, ostomiłe wnucęta.
Miejcies tyz i w stodole, na powale i w dole,
w kazdej izbie, w komorze i na roli, w oborze
duzo owsa i bobu. Bóg zachowo od głodu.
W kazdym kątku po dziesiątku,
a w kiesonce sto tysiacków.
Niech nie chybnie w studni wody,
a w mołzenskim stadle zgody.
Bondźcie zdrowi, wse weseli
i mijcie się jako w niebie janieli.