
Nie jestem fanem psów. Nie godziłem się na obecność psa w domu i było to jedno z nielicznych pragnień naszych dzieci, wobec którego pozostałem niewzruszony. W każdej rodzinie przychodzi jednak taki czas, kiedy odchodzą najbliżsi i pozostają po nich pewne obowiązki. Maks był takim sentymentalnym obowiązkiem. Znaliśmy go od szczeniaka, czasami pomieszkiwał z nami 2-3 dni, aż nadszedł dzień, w którym musiał zamieszkać na stałe.
Urodziwy, wielki, wręcz majestatyczny, a przy tym niezwykle miły, przez lata z duszą rozbrykanego szczeniaka. Zawsze miał swoje ulubione zabawki, zawsze na spacerach próbował porwać nam smycz, zawsze straszył, że odgryzie nam nogę i długo nie mógł pogodzić się z tym, że kiedy siedzimy na fotelach on nie może siedzieć na naszych kolanach.
Zasadniczo odmienił nasze życie wprowadzając w nie rygor codziennych, trzykrotnych spacerów bez względu na pogodę. Uwielbiał zimę, śnieg wprawiał go w euforię. Może była to genetycznie zakodowana tęsknota za wielką zimą, jakie bywają w Rosji, skąd jako szczenię został przywieziony?
Na ulicy często był komplementowany za swą urodę nie tylko przez dzieci. Na terenach spacerowych nawet najbardziej rozbrykane psy traktowały go z respektem i szacunkiem. Swoim basowym, donośnym szczekaniem utrzymywał je na dystans. Pewnie dlatego wśród ich właścicieli zyskał przydomek „Prezes”.

Niestety los nie zna sentymentów. Nawet najpotężniejszy prezes musi ugiąć się przed jego wyrokiem. Z niemocą piętnastolatka Maks walczył do końca z godnością. Jego jesień była jesienią pogodną choć wiedzieliśmy, że mimo pomocy lekarza jednak cierpi. Cierpiał w milczeniu i ciągle jeszcze próbował żartować. A kiedy trzeba już było odejść do Krainy Wiecznych Spacerów, poszliśmy razem. Przed Rozświetloną Bramą usiadł na swoim miękkim posłaniu, zaś ja klęknąłem, objąłem jego wielką głowę obiema rekami i delikatnie drapałem go, bo lubił, za uchem, gdzie wyrastały mu takie śmieszne, jasne pędzelki włosów. Wtedy przymknął oczy i odszedł… Zapaliłem świeczkę.
Czytaj Dalej »