Z perspektywy Żabiej Ścieżki
Podczas powodzi trzynaście lat temu Przedmieście Oławskie, gdzie mieszkam, było zalane podobnie jak Kozanów wówczas i jak Kozanów w tym roku. Jednak dziś, w niedzielę o 5 rano tutaj jest cicho i sennie.
Woda rozlewa się leniwie na tereny zielone, ale do ogrodów jeszcze nie doszła. Nerwowo było w piątek i sobotę, bo kiedy mieszkańców Kozanowa zapewniano, że tym razem woda im nie grozi, nam nikt takich gwarancji nie dawał.
Przeciwnie, nasz szpital był jednym z dwóch w mieście przygotowanych do ewakuacji i częściowo ewakuowany. Nieustanne sygnały karetek wywożących pacjentów, zapowiedzi wyłączenia wody, wyłączone bankomaty, ewakuujące się małe sklepiki, bardzo wysoki, stale rosnący stan rzeki i zapowiedź nadejścia fali powodziowej w nocy powodowały narastanie nerwowości. Na pobliskiej budowie biuro przeniesiono na piętro.
Późnym wieczorem mieszkańcy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Kolejne telefony spowodowały, że o 21-szej przywieziono dwie wielkie wywrotki piasku – razem 50 ton. I natychmiast zebrały się dziesiątki ludzi, głównie młodych, mężczyzn i kobiet, by ten piasek przesypać w worki, zawiązać i ułożyć z nich wał ochronny. A kiedy przyjechali strażacy i stwierdzili, że wał powinien być ułożony nie wzdłuż rzeki, lecz wzdłuż oddalonej o 20 m drogi – Żabiej Ścieżki, to ci sami ludzie, jak dobrze zorganizowana armia mrówek, w momencie przenieśli ten wał na nowe miejsce.
Tej nocy nie było problemów nie do rozwiązania. Przynoszono własne łopaty, zaś sznurek – okazało się – najszybciej cięły skalpelami pielęgniarki w szpitalu. Tak pracowano do 5 rano w sobotę, bo jeszcze przywieziono następne trzy kontenery piasku czyli kolejne 75 ton.
Fala przyszła z opóźnieniem i tu na razie zachowuje się przyzwoicie. Do ogrodów zbliżyła się znacznie, ale nie weszła. Całe centrum miasta, do którego my też się zaliczamy, jest na razie bezpieczne. Sytuację często kontrolował pilicyjny smigłowiec. Chyba największe nieszczęście spadło wczoraj po południu na mieszkańców Kozanowa.




