Przyleciała wraz z porannym podmuchem wiatru. Usiadła w pokoju na oświetlonym słońcem parapecie i… jak każdy zmęczony maluch zaczęła zasypiać. Mała, mieszcząca się w dłoni sikorka. Nie miała najlepszego początku dnia, ale na szczęście nasz kot już, albo jeszcze spał.

     Pewnie wczoraj, a może nawet dzisiaj wczesnym rankiem opuściła gniazdo. Była wychłodzona i chyba głodna, ale ogrzana w rękach zaczęła odzyskiwać wigor. Jak ja nakarmić? Pewnie lepiej zrobią to rodzice. Może są w pobliżu? Z tą nadzieją postawiłem ją na balkonie, w skrzynce z kwiatami. Siedziała tam grzejąc się w słońcu. Kiedy odszedłem  w głąb pokoju, zapiszczała. I wtedy, jak za skinieniem czarodziejskiej różdżki,  przyleciały dwie dorosłe sikory. Na zmianę karmiły malucha i szybko cała trójka odleciała.
      Sikory, choć to środek dużego miasta, zaglądają na nasz balkon przez okrągły rok. Od jesieni do wczesnej wiosny są dokarmiane.