Pełnia lata. Najbogatsza oferta warzyw i nieustające zachęty do wzbogacania codziennych jadłospisów w sałatki warzywne. Jedzcie je nawet pięć razy dziennie – apelują dietetycy. Najlepiej z oliwą, albo olejami bogatymi w kwasy Omega-3. A jeśli  z oliwą to z tą z pierwszego tłoczenia na zimno, czyli EXTRA VERGINE.

     – Co oni wszyscy widzą w tej oliwie – zapytał mnie przyjaciel, który zdecydowanie woli sałatki zaprawiane śmietaną. Nie dość, że droga to do tego jakaś ostra, z goryczką, mało smaczna.     
     Ba, trzeba próbować, jak wino. Smakować. Spośród wielu różnych (włoskich, hiszpańskich, greckich) wybrać tę, która urzeknie nas smakiem, zauroczy, bo rzeczywiście oliwa oliwie nierówna.
     Niezwykle sugestywny opis pierwszych doświadczeń z oliwą znalazłem w książce „Wzgórza Toskanii” Ferenca Mate – rozkochanego we Włoszech amerykańskiego pisarza pochodzenia węgierskiego. Książka to autobiograficzna historia małżeństwa malarki Candace i pisarza Ferenca, którzy opuścili Nowy Jork i postanowili – nie znając Włoch i tamtejszego języka – osiedlić się w małej wsi na wzgórzach malowniczej Toskanii. W tej sytuacji każdy dzień to nowe doświadczenia i doznania. To z oliwą wyglądało tak:         
     Candace poprosiła w sklepie w osadzie o oliwę z oliwek i właściciel zabrał ją do swojej piwniczki na wino, gdzie w chłodzie skrywał się wielki gliniany słój, i nalał chochlą do słoika trochę gęstej, ciągnącej się jak krem oliwy. Dodaliśmy jej odrobinę do pomidorów i gawędząc w najlepsze spróbowaliśmy przystawki. Zamilkliśmy. Spojrzeliśmy po sobie. Ileż smaków mają te pomidory? Odrobinę pieprzne i słodko-kwaśne, o ostrym, niezwykle złożonym smaku, który eksplodował, w miarę jak docierał do poszczególnych części języka. Zrozumieliśmy, że to wcale nie zasługa pomidorów, lecz mętnej zielonej oliwy. Dodaliśmy jej jeszcze. Maczaliśmy w niej chleb. Nabieraliśmy na łyżeczki. Zanurzaliśmy w niej marchewki. Wkładaliśmy palce do słoika. Zlizywaliśmy ją z widelców. Mruczeliśmy przy tym jak dzieciaki wpuszczone do cukierni. To było nasze pierwsze zetknięcie z hodowanymi na wzgórzach oliwkami i wyciśniętą z nich na kamieniu toskańską oliwą. Jedno z wielkich dzieł Bożych – teraz, kiedy robimy taką sami, zużywamy jej litr na tydzień.