Są wielcy, przystojni, dobrze wykształceni i, choć nie osiągnęli jeszcze trzydziestki, w znaczniej mierze spełnieni. Jeden z powodzeniem rozwija dobrze prosperującą firmę ojca, drugi pasje zawodowe realizuje w klinice i gabinecie prywatnym. Pracują dużo, więc czasu dla żon i dzieci ledwo starcza. Dla rodziców ? Tym bardziej. W ważne święta to oczywiście, z jakiejś szczególnej okazji również, ale tak bez powodu?

– Wpadnijcie kiedyś.
– Ale po co, tato, jest problem?
– Nie. Nie ma. Przyjdźcie bez powodu. Może na obiad, albo na kawę, porozmawiamy…
– Przecież dzwonię prawie codziennie, rozmawiamy.
– No tak, tak…  

     Co innego męskie spotkania. Te nawet bez wyraźnego powodu. Ot, tak, przy piwie czy szklaneczce whisky, żeby się wygadać, bo tych dwóch dwumetrowych mężczyzn od lat łączy wyjątkowo serdeczna przyjaźń. Razem cieszą się z sukcesów, zawsze wspierają się w trudnych sytuacjach. Trudnych? – zastanawiali się kiedyś. Nie, nie ma sytuacji, z której nie można znaleźć dobrego wyjścia – mówili z młodzieńczą pewnością siebie. 

     Aż nagle, pewnego jesiennego wieczoru los powiedział: sprawdzam. Marek – ojciec jednego z nich miał wypadek samochodowy. W szpitalu byli najszybciej jak mogli. Stamtąd drugi zadzwonił do swojego ojca. Złamanym głosem opowiedział o nieszczęściu.

– Jakie są rokowania?
– Jest nadzieja…   
Kolejny telefon był nad ranem. Słowa wyciskane przez łzy.
– Niestety tato, Marek nie dał rady.
I cisza. A potem…
– Sorry tato, że cię zbudziłem, ale chciałem cię usłyszeć…

     Kilka dni później, kiedy rozjechali się ostatni goście żałobni, kiedy w domu zapadła popogrzebna cisza, usiedli, by przy szklaneczce ulubionego trunku pozbyć się wielogodzinnego napięcia. Wypili, a zanim zdążyli rozlać powtórnie ten osierocony wstał, założył kurtkę i powiedział: chcę iść do taty. I chociaż zbliżała się północ, poszli.

     Stanął nad grobem rozświetlonym dziesiątkami zniczy, przysypanym górą wieńców i kwiatów, i mówił. Mówił do taty. Mówił o żonie i dziecku, o mamie, o tym co jeszcze trzeba zrobić  w ogrodzie,  domu, o sprawach przyjaciela, o ostatnim koncercie w filharmonii, o dalszych pomysłach na biznes, o meczu na nowym stadionie, o pieczywie z nowej piekarni, mówił o wszystkim. Mówił, mówił, mówił…, a przyjaciel stał dyskretnie nieopodal, w cmentarnym mroku i serce  pękało mu z żalu, płakał…     

                                                               x

     Od kilku dni rozjeżdżamy się po kraju, masowo odwiedzamy cmentarze. Zapalając znicze na grobach warto pomyśleć również  o tych, którym jeszcze nie świeczka, a spotkanie rodzinne i serdeczna rozmowa sprawi radość. Nie odkładajcie tego na później. Nie omijajcie także tych najstarszych, często prawie ślepych, prawie głuchych, którzy z pokorą czekają na swój koniec, ale ogromnie cieszą się z każdego gestu pamięci. Z takich spotkań można wynieść nie tylko ciepłe rodzinne wspomnienia, ale – bywa – nieznane  historie przodków, zapomniane określenia, ciekawe rodzinne anegdoty. Na tych co w pełni sił, spoczywa odpowiedzialność za to, by nie przepadły na wieki wieków.