Kiedy skończył się listopadowy exodus do miejsc pamięci odebrałem krótkiego maila.
– Byłeś w Żywcu? Jak było? – napisał towarzysz dziecięcych przejażdżek na kucykach.
– Byłem. Pięknie było – odpisałem równie lakonicznie, ale przecież nie tak powinno się odpowiadać na pytania dyktowane tęsknotą za rodzinnym miastem.

    Wiem, jednak więcej – daruj Bohdanie – postanowiłem napisać tutaj. Po co przy każdej okazji zaglądam do Żywca? Tylko po przysłowiową garść wspomnień. Los tak sprawił, że zatrzymuję się jedynie na parkingu lub, jak ostatnio, na noc w hotelu. Zaglądam w stare kąty i poruszony wspomnieniami z młodości jadę dalej. Zwykle wyjeżdżałem dotknięty żalem z powodu popadającej w kompletną ruinę perły żywieckiej architektury– dawnej rezydencji Habsburgów. Tym razem było inaczej.
     Tam, w górach, ostatnia niedziela października była wyjątkowo piękna, więc po porannej kawie w hotelu bez zbędnej zwłoki poszedłem, gdzie najbardziej lubię i… zachwyciłem się.
     Stary Zamek, klasycystyczny pałac i wielki park krajobrazowy Habsburgów lśnią nowym blaskiem. Odrestaurowane budynki urzekają zabytkową formą, a wyzłocony przez jesień park wyglądał jak bajkowa szklana kula, w której zamiast płatków śniegu miarowo opadały złote liście strącane leniwymi podmuchami wiatru.

     Odnowione alejki i ławki, odrestaurowany XVIII-wieczny domek chiński, wypełniona po brzegi, leniwie snującą się rzeczka z malowniczym zakolem – królestwem majestatycznego łabędzia i rozwrzeszczanych dzikich kaczek, szemrzący wodospad, odrestaurowane urokliwe kamienne mostki łukowe, stylowe latarnie oraz fontanna wśród pergoli – o tej porze już nieczynna. Podobno gdzieś na obrzeżu jest też stajnia koni i kucyków do wynajęcia, ale tego nie widziałem.
      I jeszcze dobry duch tej posiadłości, Maria Krystyna Habsburg księżna von Altenburg, córka ostatnich właścicieli, która po latach tułaczki po świecie odzyskała polski paszport i dzięki życzliwości władz miasta zamieszkała w specjalnie przygotowanym dla niej pałacowym apartamencie. Bywa, że można spotkać Starszą Panią na parkowych ścieżkach.
     Rozmarzyłem się. Gdybym tak, zamiast w prymitywnym hoteliku mógł się przespać – nie szczędząc kosztów – w eleganckim hotelu urządzonym w części arcyksiążęcego pałacu, gdyby ten hotel był częścią większej europejskiej sieci i ściągał tu turystów oraz gości na różnego rodzaju konferencje, czy imprezy kulturalne, gdyby oferował im miejscowe atrakcje jak na przykład wyjazdy bryczkami na prawdziwe góralskie ognisko czy romantyczne wieczorne rejsy statkiem po pobliskim Jeziorze Żywieckim połączone z kolacją przy muzyce, gdyby można ich skusić zaproszeniem do urządzonej w dobrym stylu piwiarni podtrzymującej tradycje Arcyksiążęcego Browaru i serwującej wyłącznie znane na całym świecie piwa „Żywiec”, gdyby obok, w oficynach czekał na mniej zamożnych turystów tani dom noclegowy czy hostel, gdyby…
     Niestety. Nie wydaje się, by miasto miało jakiś pomysł na przyszłość związany z tym atrakcyjnym miejscem. Za unijne pieniądze wzbogacone dotacją zamożnej norweskiej fundacji i Ministerstwa Kultury udało się wyremontować ten piękny kompleks zamkowo-pałacowy i jeden z największych w Polsce parków, ale w pałacu nadal mieści się Zespół Szkół Drzewnych i Leśnych, a aktywność miasta – jak czytam w Internecie – koncentruje się głównie na rozwoju bazy wystawienniczo-muzealnej.
     To oczywiście ważne, jednak dla miejskiego budżetu wyłącznie uciążliwe, więc jeśli coś sensownego się z tym nie zrobi można przyjąć, że kolejny proces degradacji właśnie się rozpoczął. Szkole trzeba znaleźć inne miejsce, a tam przedsięwziąć działalność gwarantującą odpowiednie dochody, promującą  Żywiec  i dodającą mu splendoru.
     A swoją drogą, szczycący się ponad 150-letnią tradycją i zapewne bogaty żywiecki browar też mógłby zadbać o miasto i zafundować mu w centrum swoją atrakcyjną wizytówkę. Szpecąca od lat tamtejszy Rynek tandetna buda piwna powinna już stamtąd zniknąć.

   Na koniec trochę historii. Pierwszy był zamek, nazywany dziś starym. Zbudowany został w XV wieku na miejscu średniowiecznej warowni przez ówczesnych właścicieli Państwa Żywieckiego, rodzinę Komorowskich herbu Korczak. Niezbyt wyszukana bryła budynku z przysadzistą basztą kryje w sobie wyjątkowej urody XVI-wieczny renesansowy dziedziniec arkadowy, nawiązujący formą do wawelskiego. To zasługa Jana Spytka Komorowskiego.
     W 1624 roku Mikołaj Komorowski, znany birbant i hulaka utracił dobra żywieckie na rzecz Konstancji – żony króla Zygmunta III Wazy, a w jakiś czas po jej śmierci, w roku 1678 przeszły one w ręce hrabiowskiej rodziny Wielopolskich herbu Starykoń. Nie był to dobry okres dla tych ziem, ale na plus nowych właścicieli trzeba zapisać dbałość o zamek, a przede wszystkim założenie w stylu włoskim 26-hektarowego Parku Zamkowego.
      W 1838 roku Państwo Żywieckie, leżące wówczas w granicach Austrii, kupił cieszyński arcyksiążę Karol Ludwik Habsburg. On i jego następcy przebudowali zamek, zbudowali klasycystyczny pałac i przekomponowali park w stylu angielskim.
      Ich przedsiębiorczość spowodowała szybką industrializację Żywiecczyzny. Powstało wiele zakładów przemysłowych, fabryk, a wśród nich założony w 1856 roku z inicjatywy Albrechta Fryderyka Habsburga Arcyksiążęcy Browar – do dziś chluba miasta. W tym czasie Księstwo Cieszyńskie wraz z Państwem Żywieckim należały do najbardziej dochodowych majątków szlacheckich Austrii.
     Do przytoczenia tej historii sprowokowała mnie ustawiona na pałacowym dziedzińcu plansza z krótkim rysem historycznym odrestaurowanych zabytków, a na niej m.in. nostalgiczne zdjęcie rodzinne bez jednego słowa opisu.

       Co to za rodzina? Dzięki pomocy dobrze zorientowanej Żywczanki (dziękuję Jaśko) udało się ustalić, że jest to protoplasta żywieckiej linii Habsburgów arcyksiążę Karol Stefan (odziedziczył Państwo Żywieckie w 1895 roku) z żoną Marią Teresą i dziećmi: od prawej Mechtylda – później Czartoryska, Karol Olbracht – ostatni właściciel dóbr żywieckich, Eleonora, Wilhelm, Leon Karol i Renata Maria – później Radziwiłł.
     Uzupełniam podpis, bo umieszczenie tego zdjęcia w tym miejscu, bez opisu, wydaje mi się fatalnym niedopatrzeniem, wręcz nietaktem wobec tej bardzo zasłużonej dla Ziemi Żywieckiej, ale też dla Polski rodziny. Jej członkowie konsekwentnie deklarowali swoją polskość. Z chwilą powstania Państwa Polskiego przyjęli obywatelstwo polskie. Karol Stefan był prezesem Polskiej Akademii Umiejętności i hojnym darczyńcą na rzecz kraju. Karol Olbracht był pułkownikiem Armii Polskiej. Po wybuchu drugiej wojny światowej cała jego rodzina odmówiła współpracy z Niemcami co skończyło się internowaniem, torturami  i konfiskatą majątku. Po wojnie też nie odzyskali swoich dóbr. Żywiec powinien być z nich dumny.