Nie było narcyzów, żonkili, hiacyntów, nie ma wielu innych roślin. Nadal liczę straty po zimie. Patrzę u siebie, słucham skarg sąsiadów. Co zmarzło, co uschło, co nie odbiło. Generalnie zmarzły piwonie krzewiaste. Duże krzewy, obsypane co roku wieloma efektownymi kwiatami, wymarzły. Teraz powoli odbijają z ziemi, ale na kwitnienie, takie jak było, trzeba będzie poczekać pewnie kilka lat. Tymczasem w jednym z ogrodów jednopędowa piwonia pięknie kwitnie. Dlaczego tylko tam? Nie wiadomo.

     W wielu ogrodach źle przezimowały też piwonie chińskie. Te, które przezimowały są słabe, a część w ogóle nie dała znaków życia. Jeszcze gorzej zimę zniosły róże. Ja straciłem pięć krzewów, są tacy, którzy stracili wszystkie. Źle przezimowały magnolie – zarówno małe krzewy w ogrodach, jak i wielkie, wieloletnie na miejskich skwerach. Owszem, są zielone, ale kwitły bardzo słabo, albo wcale nie kwitły. Natomiast ketmie ciągle jeszcze nie dają znaku życia. Są obawy, że też nie przetrzymały zimy, jednak warto jeszcze czekać, bo one z natury później zaczynają wegetację.  
     Nie wyszło wiele lilii. Zginęły nie tylko azjatyckie, ale też zimujące w gruncie lilie św. Antoniego.
     Kolejny raz ucierpiało, choć okryte choiną,  moje mini wrzosowisko. Co ciekawe, tym razem nie zmarzły wrzosy, lecz wrzośce, a wśród nich wieloletni jałowiec płożący.  
     I wreszcie hortensje kwitnące na pędach zeszłorocznych. Mimo okrycia stroiszem, a na to jeszcze kapturem z zimowej agrowłókniny, w moim ogrodzie tylko dwie zazieleniły się na pędach i być może zakwitną. Pozostałe odbijają wyłącznie od gruntu, więc z pewnością nie zakwitną. Jest teraz wiele efektownych odmian odpornych na mróz, kwitnących na pędach tegorocznych, więc chyba trzeba wyzbyć się sentymentów i zacząć wymieniać stare krzewy.
     Ciekawe jak jest gdzie indziej. Może ktoś zechce podzielić się swoimi uwagami na ten temat.